8 maja 1945 roku o 23:01 czasu środkowoeuropejskiego, czyli 9 maja o 01:01 według czasu moskiewskiego, z wejściem w życie aktu bezwarunkowej kapitulacji III Rzeszy zakończyły się działania wojenne II wojny światowej. Dla mieszkańców Kuryłówki wojna się nie skończyła. 
Po kilkudniowych walkach pod Kuryłówką Sowieci przy współudziale NKWD spalili Kuryłówkę. Bitwa pod Kuryłówką stoczona 6 maja 1945 roku była jedną z największych bitew, jakie żołnierze polskiego podziemia antykomunistycznego stoczyli z Sowietami na ziemiach polskich. Była to bitwa zwycięska!
Od kilku lat w Kuryłówce odbywają się uroczystości związane z tragicznymi wydarzeniami w ostatnich dniach wojny.

Po kilkudniowych walkach pod Kuryłówką Sowieci przy współudziale NKWD spalili Kuryłówkę. Bitwa pod Kuryłówką stoczona 6 maja 1945 roku była jedną z największych bitew, jakie żołnierze polskiego podziemia antykomunistycznego stoczyli z Sowietami na ziemiach polskich. Była to bitwa zwycięska!
Od kilku lat w Kuryłówce odbywają się uroczystości związane z tragicznymi wydarzeniami w ostatnich dniach wojny.
****
Pojechałam dzisiaj (2019) do Kuryłówki, zapaliłam świeczkę na grobie moich Rodziców i Dziadków. Miałam czas na refleksje. 74 lata temu, dokładnie 8 maja moja Rodzina doświadczyła ciężkich chwil. Przypomniałam sobie jak Mama wielokrotnie opowiadała, co wydarzyło się w ostatnim dniu wojny, 8 maja 1945 roku, we wtorek, w Imieniny Stanisława.
Kilkadziesiąt rodzin zostało pozbawionych dachu nad głową i bez środków do życia. Spłonęło ponad dwieście budynków. Nie mieli domów, nie mieli co jeść, nie mieli gdzie mieszkać. Nie mogli liczyć na sąsiedzką pomoc, bo wszyscy mieszkańcy wsi dzielili taki sam tragiczny los. Z pomocą przychodzili im życzliwi ludzie z sąsiednich wiosek, udzielając im dachu nad głową, do czasu odbudowania własnych domów.
Nikt z mieszkańców Kuryłówki nie przypuszczał, że dzień później zostanie ogłoszony koniec wojny, drugiej wojny, światowej.
Nikt się nie spodziewał, że dzień 8 maja będzie tragicznym dniem dla większości mieszkańców wsi. Nikt się nie cieszył 9 maja 1945 roku z Dnia Zwycięstwa. Ludzie bezdomni!
Wspomnienia mojej mamy Janiny Stankiewicz.
Niektórzy mieszkańcy ostrzeżeni przez partyzanckie oddziały Radwana o przygotowywanym natarciu zdążyli się ewakuować do sąsiednich wiosek.
Na czas walk, rozpoczętych 6 maja schronili się m. in. w Starym Mieście.
Część mieszkańców zostało aresztowanych i umieszczonych w cerkwi, przetrzymywano ich tam całą noc.
Tym, którym nie udało się ewakuować, albo, którzy nie chcieli opuszczać dobytków przeżyli tragedię. Niektórzy zginęli.
8 maja 1945 Rosjanie zajęli szkołę i stamtąd ostrzeliwali wieś.
Schroniłam się u państwa Dullów na ul. Sanowej w Leżajsku - wspominała Mama. Razem z panią Dullową rano poszłyśmy do klasztoru, do spowiedzi. Jej drugi mąż - Stanisław Cisek z Żołyni zginął na wojnie i ona co roku na 'św. Stanisława' chodziła do klasztoru modlić się. Po powrocie do domu, podczas śniadania zorientowałyśmy się, że coś się dzieje, jakiś ruch się zrobił wśród sąsiadów. Wyleciałyśmy na podwórze, z dala widać było kłęby dymu. Paliła się Kuryłówka. Łuna palącej się wsi była widoczna w Leżajsku, oddalonym 7 km od Kuryłówki.
Moja mama Franciszka Feldman nie zdecydowała się na ewakuację, została w Kuryłówce, by pilnować gospodarstwa i dobytku. Jednak wczesnym rankiem, 8 maja pojechała do Starego Miasta, chciała sprowadzić męża do domu, bo jak się jej wydawało, skoro w poniedziałek walki ucichły, pora, by wracali do domu. Tato powoli zaczął przygotowywać się do powrotu, poszedł po kobyłę, która się pasła na błoniu.
Była godzina 8, może 9 rano, 8 maja 1945. Rodzice zdążyli dotrzeć zaledwie do Sanu, gdy czekając na prom, zobaczyli nad Kuryłówką unoszące się łuny oraz uciekających w popłochu ludzi. Tato - Julian Feldman zawrócił, a mama Franka z córką Maryną nie zważając na niebezpieczeństwo poleciały przez pola do płonącej wsi. Płonęły wszystkie zabudowania, domy, stajnie, stodoły.
W naszej stajni dwie krowy przywiązane łańcuchami już dogorywały. Mama zdążyła jeszcze wygrzebać wcześniej zakopane, ale już nadpalone maszyny do szycia. Maszyny były dla niej cenne, mama przecież była krawcową.
Nikt nie przypuszczał, że będzie taki bieg wydarzeń. Gdyby wiedzieli, że będą palić, to zabraliby więcej dobytku ze sobą.
Nasz sąsiad Julek Makara i Staszek Czapla ukryli się u Czapli w piwnicy, liczyli na to, że będą bezpieczni, niestety, ukryci w schronie spalili się żywcem. Moja Mama pomagała Marii Makarowej wydobywać zwęglone zwłoki męża. Jan Czapla ojciec spalonego żywcem syna Staszka z rozpaczy mało nie oszalał, chodził w obłędzie po podwórzu między zgliszczami i również zginął tragicznie, przywalony palącymi się jeszcze belkami. Staszek był młody, może dwa lata po ślubie. (Michał Czapla syn Jana był przy śmierci Janki Oleszkiewiczowej).
W Księdze Zgonu ksiądz Kazimierz Węgłowski zapisał:
Julian Makara ur 28 marca 1907 syn Antoniego i Agnieszki Skiby, mąż Marii Gorący zmarł 8 maja 1945 roku. Jako przyczynę zgonu wpisał – udusił się w schronie podczas palenia Kuryłówki”.
Dzień później, 9 maja kiedy już ogłoszono koniec wojny, mieszkańcy Kuryłówki nie mieli powodu do entuzjastycznego świętowania Dnia Zwycięstwa. Ukraińcy jeszcze raz przyjechali palić dalszą część Kuryłówki. Spalili gminę i posterunek milicji. Wojna skończona, syreny wyły, Ukraińcy zaczęli się wycofywać i nie dokończyli niszczenia reszty wsi.
9 maja zginął również Jan Josse, (ojciec inżyniera Józefa Jossego, chemika, absolwenta lwowskiej uczelni, który pracował w Zakładach Spirytusowych w Łańcucie). Podobno go zastrzelili i wrzucili do ognia.
W tym dniu Franciszek Góral - ojciec Zośki Góralowej i Michał Kostek - ojciec Emila ps. 'Maciek', komendanta miejscowej placówki NOW-AK rozmawiali na błoniach, gdy pojawili się Moskale. Franciszek i Michał próbowali się schować w ziemiance koło cerkwi (między cmentarzem, a ogrodem Feldmanów były 'gruby', Krupicha miała tam ziemniaki), niestety Moskale ich dojrzeli.
- Wyłazi! wyłazi! - krzyczał sowiecki żołnierz
Michał Kostek nie chciał wyjść z tej ziemianki, został postrzelony, natomiast Franciszek Górala, posłusznie wyszedł, zabrali go na posterunek na placu Oleszkiewicza i tam na podwórzu go zastrzelili. Milek Kostek ps. Maciek sprowadził lekarza z Leżajska (lekarz mieszkał na Podklasztorem). Niestety, nie udało się, Michał zmarł jeszcze tego samego dnia, 9 maja 1945. U Kostka zastrzelili świnie.
Straty były ogromne. Spalono ponad 200 zabudowań gospodarskich.
Podczas tych kilkudniowych walk zginęło wiele osób: Mikołaj Bielak s. Antoniego i Marii Koba, Jerzy Buczko, Julek Makara, Jan Czapla, Staszek Czapla, Karol Kycia, Franciszek Góral i Michał Kostek s. Wojciecha i Rozalii Kuszaj, Jan Josse. Stefania Pityńska z Krupów ps. 'Perełka' została postrzelona.
W Dniu Zwycięstwa straciliśmy cały dobytek. Tato Julian przez wiele dni sam porządkował zgliszcza, zakopywał popalone bydło. Późnymi wieczorami wracał o głodzie, wyczerpany z sił do rodziny Ćwikłów (teściów). Przygarnęli nas, dali schronienie, ale niestety, też nie mieli czym nas nakarmić.
Dużą pomoc okazywała moim bliskim rodzina Pietrychów z Tarnawca, która rozumiejąc tragedię, zaświadczyła, że ‘prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie’.
Pani Emilia Szczęsna ukrywała się u Córkowiczów w szkole w Starym Mieście, straciła cały dobytek, miała piękny, nowy, zaledwie rok wcześniej wybudowany dom, została sama z dziećmi. W 1942 roku mąż Józef Szczęsny zginął w Oświęcimiu.
Wspomnienia Marii z Feldmanów Szamik.
Nasz sąsiad Julek Makara i Staszek Czapla ukryli się u Czapli w piwnicy, liczyli na to, że będą bezpieczni, niestety, ukryci w schronie spalili się żywcem. Moja Mama pomagała Marii Makarowej wydobywać zwęglone zwłoki męża. Jan Czapla ojciec spalonego żywcem syna Staszka z rozpaczy mało nie oszalał, chodził w obłędzie po podwórzu między zgliszczami i również zginął tragicznie, przywalony palącymi się jeszcze belkami. Staszek był młody, może dwa lata po ślubie. (Michał Czapla syn Jana był przy śmierci Janki Oleszkiewiczowej).
W Księdze Zgonu ksiądz Kazimierz Węgłowski zapisał:
Julian Makara ur 28 marca 1907 syn Antoniego i Agnieszki Skiby, mąż Marii Gorący zmarł 8 maja 1945 roku. Jako przyczynę zgonu wpisał – udusił się w schronie podczas palenia Kuryłówki”.
Dzień później, 9 maja kiedy już ogłoszono koniec wojny, mieszkańcy Kuryłówki nie mieli powodu do entuzjastycznego świętowania Dnia Zwycięstwa. Ukraińcy jeszcze raz przyjechali palić dalszą część Kuryłówki. Spalili gminę i posterunek milicji. Wojna skończona, syreny wyły, Ukraińcy zaczęli się wycofywać i nie dokończyli niszczenia reszty wsi.

W tym dniu Franciszek Góral - ojciec Zośki Góralowej i Michał Kostek - ojciec Emila ps. 'Maciek', komendanta miejscowej placówki NOW-AK rozmawiali na błoniach, gdy pojawili się Moskale. Franciszek i Michał próbowali się schować w ziemiance koło cerkwi (między cmentarzem, a ogrodem Feldmanów były 'gruby', Krupicha miała tam ziemniaki), niestety Moskale ich dojrzeli.
- Wyłazi! wyłazi! - krzyczał sowiecki żołnierz
Michał Kostek nie chciał wyjść z tej ziemianki, został postrzelony, natomiast Franciszek Górala, posłusznie wyszedł, zabrali go na posterunek na placu Oleszkiewicza i tam na podwórzu go zastrzelili. Milek Kostek ps. Maciek sprowadził lekarza z Leżajska (lekarz mieszkał na Podklasztorem). Niestety, nie udało się, Michał zmarł jeszcze tego samego dnia, 9 maja 1945. U Kostka zastrzelili świnie.
Straty były ogromne. Spalono ponad 200 zabudowań gospodarskich.
Podczas tych kilkudniowych walk zginęło wiele osób: Mikołaj Bielak s. Antoniego i Marii Koba, Jerzy Buczko, Julek Makara, Jan Czapla, Staszek Czapla, Karol Kycia, Franciszek Góral i Michał Kostek s. Wojciecha i Rozalii Kuszaj, Jan Josse. Stefania Pityńska z Krupów ps. 'Perełka' została postrzelona.
W Dniu Zwycięstwa straciliśmy cały dobytek. Tato Julian przez wiele dni sam porządkował zgliszcza, zakopywał popalone bydło. Późnymi wieczorami wracał o głodzie, wyczerpany z sił do rodziny Ćwikłów (teściów). Przygarnęli nas, dali schronienie, ale niestety, też nie mieli czym nas nakarmić.
Dużą pomoc okazywała moim bliskim rodzina Pietrychów z Tarnawca, która rozumiejąc tragedię, zaświadczyła, że ‘prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie’.
Pani Emilia Szczęsna ukrywała się u Córkowiczów w szkole w Starym Mieście, straciła cały dobytek, miała piękny, nowy, zaledwie rok wcześniej wybudowany dom, została sama z dziećmi. W 1942 roku mąż Józef Szczęsny zginął w Oświęcimiu.
Wspomnienia Marii z Feldmanów Szamik.
Byłam w domu, gdy walki zaczęły się o 6 rano. Trwały do godz. 15.
Tato Julian Feldman, moja siostra Janka i ja uciekliśmy do Starego Miasta. Zostaliśmy ostrzeżeni przez Jana Feldmana z Oddziału Radwana z Wiązownicy, aby uciekać za San, bo szykują się walki. Mama Franciszka Feldman została w domu, chciała zaopiekować się dobytkiem i przede wszystkim cielną krową.
Wieczorem mama dotarła do Sanu, przyjechała furmanką, na wozie miała 2 pierzyny i poduszki. Tato odebrał mamę i zajechał do wujka Adama Schöborna. Ja w tym dniu byłam w gimnazjum w Leżajsku. Na lekcji j. niemieckiego prof. Henryk Kunz pozwolił nam wejść na strych, by zobaczyć, w którym mniej więcej miejscu się pali. Zobaczyłam łunę w pobliżu cerkwi, a przecież mieszkaliśmy dokładnie przy cerkwi. Nie zastanawiając się pogoniliśmy do domu. A było nas kilka osób.
Mama Franciszka Feldman była na miejscu, domy, stajnie, stodoły – wszystko płonęło. Wzięłam boska i próbowałam uratować z ognia nogi od maszyny do szycia, które mama wcześniej zdążyła ukryć w piwnicy. Żeliwne, rozgrzane rozsypały się w kawałki. Stodoła i stajnia były już spalone, cielne krowy się dymiły, z gorąca się cieliły. Babcia Kostkowa chciała je wypuścić, ale bała się Rosjan, oni nosili ze stodoły słomę do stajni i w ten sposób rozpalali ogień.
Zostaliśmy z rodzicami bez dachu nad głową, bez dobytku, zboże w skrzyni spalone, ziemniaki upieczone w piwnicy, mleka nie było. Jednym słowem głód i nędza.
Najbliższa rodzina wypięła się na nas. Nie udzieliła nam schronienia, nie zaoferowała kawałka chleba.
Pod swój dach przyjęła nas babcia Zofia Ćwikłowa, mimo, że u babci były bardzo złe warunki, ale cóż, nie mogliśmy grymasić. Dziadek Michał Ćwikła już wtedy nie żył od dwóch lat, zmarł 17 marca 1943 roku w wieku 77 lat. Józef Werfel z Brzyskiej Woli pożyczył 1 metr zboża, które tato zmełł na mąkę. Nie było gdzie upiec chleb. Babcia Opałkowa dała nam ziemniaki do sadzenia, rodzina Pietrychów z Tarnawca od czasu do czasu posyłała nam dzbanek mleka, chleb, masło, ser. I tak wegetowaliśmy przez kilka miesięcy, do zimy.
Tato Julian Feldman, moja siostra Janka i ja uciekliśmy do Starego Miasta. Zostaliśmy ostrzeżeni przez Jana Feldmana z Oddziału Radwana z Wiązownicy, aby uciekać za San, bo szykują się walki. Mama Franciszka Feldman została w domu, chciała zaopiekować się dobytkiem i przede wszystkim cielną krową.
Wieczorem mama dotarła do Sanu, przyjechała furmanką, na wozie miała 2 pierzyny i poduszki. Tato odebrał mamę i zajechał do wujka Adama Schöborna. Ja w tym dniu byłam w gimnazjum w Leżajsku. Na lekcji j. niemieckiego prof. Henryk Kunz pozwolił nam wejść na strych, by zobaczyć, w którym mniej więcej miejscu się pali. Zobaczyłam łunę w pobliżu cerkwi, a przecież mieszkaliśmy dokładnie przy cerkwi. Nie zastanawiając się pogoniliśmy do domu. A było nas kilka osób.
Mama Franciszka Feldman była na miejscu, domy, stajnie, stodoły – wszystko płonęło. Wzięłam boska i próbowałam uratować z ognia nogi od maszyny do szycia, które mama wcześniej zdążyła ukryć w piwnicy. Żeliwne, rozgrzane rozsypały się w kawałki. Stodoła i stajnia były już spalone, cielne krowy się dymiły, z gorąca się cieliły. Babcia Kostkowa chciała je wypuścić, ale bała się Rosjan, oni nosili ze stodoły słomę do stajni i w ten sposób rozpalali ogień.
Zostaliśmy z rodzicami bez dachu nad głową, bez dobytku, zboże w skrzyni spalone, ziemniaki upieczone w piwnicy, mleka nie było. Jednym słowem głód i nędza.
Najbliższa rodzina wypięła się na nas. Nie udzieliła nam schronienia, nie zaoferowała kawałka chleba.
Pod swój dach przyjęła nas babcia Zofia Ćwikłowa, mimo, że u babci były bardzo złe warunki, ale cóż, nie mogliśmy grymasić. Dziadek Michał Ćwikła już wtedy nie żył od dwóch lat, zmarł 17 marca 1943 roku w wieku 77 lat. Józef Werfel z Brzyskiej Woli pożyczył 1 metr zboża, które tato zmełł na mąkę. Nie było gdzie upiec chleb. Babcia Opałkowa dała nam ziemniaki do sadzenia, rodzina Pietrychów z Tarnawca od czasu do czasu posyłała nam dzbanek mleka, chleb, masło, ser. I tak wegetowaliśmy przez kilka miesięcy, do zimy.
Tato sam porządkował pogorzelisko, od rana do późnego wieczora, o głodzie.
Tato po jakimś czasie ściągnął starą stodołę, odzyskaną po Ukraińcach, którzy wyjechali na Ukrainę. Ja z Janką spałyśmy na sąsieku, mama i tato spali w przybudówce. Było zimno, oczy, włosy mieliśmy oszronione.
Dostaliśmy krowę od dobrych ludzi, tato postawił stajnię, a po jakimś czasie zaczął ściągać drzewo na dom. Dokupił drzewa u Werfla, aby chałupę nieco podwyższyć.
Do nie wykończonego domu sprowadziliśmy się 8 grudnia 1945, na moje Imieniny. Tato poważnie się rozchorował na isjasz, leżał całą zimę chory.
Tato po jakimś czasie ściągnął starą stodołę, odzyskaną po Ukraińcach, którzy wyjechali na Ukrainę. Ja z Janką spałyśmy na sąsieku, mama i tato spali w przybudówce. Było zimno, oczy, włosy mieliśmy oszronione.
Dostaliśmy krowę od dobrych ludzi, tato postawił stajnię, a po jakimś czasie zaczął ściągać drzewo na dom. Dokupił drzewa u Werfla, aby chałupę nieco podwyższyć.
Do nie wykończonego domu sprowadziliśmy się 8 grudnia 1945, na moje Imieniny. Tato poważnie się rozchorował na isjasz, leżał całą zimę chory.
***
zobacz też: